dziennikarstwo - warsztaty - zbliżenie do zawodu - spotkania - ludzie, którzy dają do myślenia - prawa człowieka - czwartki - warsztaty czwartkowe - stowarzyszenie młodych dziennikarzy polis
Blog > Komentarze do wpisu
28 października - Wywiad cz. 1

Zaczynamy ćwiczyć wywiad. Czytajcie wywiady i słuchajcie wywiadów ile wlezie - długie i krótkie. I patrzcie - jak się zaczynają, jak kończą. I od czego zależy, czy Wam się ich dobrze czyta/słucha? Słowem kluczem jest dynamika, ale co to jest - przynieście odpowiedzi i fragmenty na spotkanie!

Gościem będzie Zuzia Piechowicz, sekretarz radia Tok.fm i wydawca Poranków Tok.fm. Będą więc elementy radiowe.

Ci, co jeszcze nie wrzucili poprawionych newsów do komentarzy pod poprzednią notką - wrzucajcie. Kto ma do przeczytania news - przychodźcie o 17!

środa, 27 października 2010, jan_dabkowski

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Zuzia, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/02 17:20:03
Mam pytanie co do wywiadu, który mamy zrobić na najbliższy czwartek - czy mamy go przesłać mailem, umieścić w komentarzu, czy po prostu wydrukować i przynieść na zajęcia, czy może jeszcze coś innego? :)
-
2010/11/02 22:25:20
Jak zwykle: wrzuć do komentarza (dając nam i innym szansę na przeczytanie go wcześniej i przygotowanie uwag), wydrukuj i przynieś na warsztaty :) Do zobaczenia!
-
2010/11/04 14:57:11
Rozmowa z Aleksandrem Joue, zarabiającym na życie grą na akordeonie.

Z jakiego kraju Pan pochodzi?
Z Rumunii.

Jak długo uczył się Pan gry na akordeonie?
Czas? Siedem lat.

Uczył się Pan w szkole muzycznej?
Nie, tylko w domu. Moja cała rodzina gra na akordeonie. Nie byłem w szkole muzycznej.

Przyjechał Pan do Polski z nimi, tzn. ze swoją rodziną?
Nie, rodzina nie przyjechała. Żona i dwa syny zostały w domu.

Czy gra na akordeonie to Pana jedyne źródło utrzymania?
Nie, pracuje. Jestem mechanikiem aut, ale nie tu, w Polsce. W Rumunii. I w szkole też byłem mechanik.

Jakie utwory Pan gra? Głównie rumuńskie?
Nie, nie z Rumunii. Hm mixed. Też z Polski i innych.

Ile jest Pan w stanie zarobić dziennie grając na akordeonie?
Czterdzieści, pięćdziesiąt złotych. Nie dużo, nie dużo. Za cały dzień.

Od ilu lat jest Pan w Polsce?
Nie ma lat. Miesiące. Od trzy miesiące, nie, dwa. Dwa i pół.

I jak Pana wrażenia po przyjeździe do Polski? Jakie jest podejście ludzi?
Ludzie są mili, ale In english. You speak enliglish? Yes? Ok. Some people, you know, they told me Get the fuck out of here. They are very aggressive, very aggresive
-
Gość: Zuzia Mączyńska, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/04 16:04:06
Rozmowa z Katarzyną Regulską, reżyserką Historii Ziny, spektaklu na podstawie opowieści czeczeńskich uchodźczyń.

Te opowieści są potworne.
Dziewczyny miały bardzo duży problem. Nie radziły sobie z graniem tych historii, które są za mocne, za trudne. Stąd pomysł na to, żeby je opowiedziały.
Jak na nie trafiłyście?
Jako Stowarzyszenie Praktyków Kultury od 4 lat pracujemy z uchodźcami z Czeczenii. Poprosiłyśmy kobiety, które tutaj mieszkają, żeby opowiedziały swoje historie. Chciałyśmy je nagrywać. Niektóre kobiety się zgodziły, inne nie.
Chętnie opowiadały?
Tak. Były takie momenty, kiedy było im trudno, ale miałam wrażenie, że potrzebują, chcą o tym mówić. Zresztą tych historii jest więcej. Wszystkie będą wydane w publikacji, na audiobooku i dostępne na stronie internetowej.
Jak spektakl odebrali uchodźcy?
Jedna Czeczenka była bardzo mocno poruszona, aż się popłakała. Bo coś jej to przypomniało. Według pan Issy Adajewa udało nam się powiedzieć o tym, o czym im jako uchodźcom z Czeczenii do tej pory nie udało się powiedzieć.
W ostatniej scenie jedna z aktorek mówi o uchodźczyni - sprzątaczce latryn w McDonaldsie. Ta scena jest bardzo emocjonalna, widać w niej wściekłość.
To było prawdziwe. Cały czas zadaję sobie pytanie, na ile zachowywać dystans, a na ile nie. Nie ma co ukrywać, że używamy teatru. On staje się dla nas narzędziem, przez które możemy opowiedzieć o czymś, co jest dla nas ważne.
A czemu to jest dla was ważne?
Poznając uciekinierów z Czeczenii, zdałam sobie sprawę z ogromnych różnic, które są między nami - kulturowych, obyczajowych. Nie ma co udawać, że się nie różnimy. Czeczeni są od nas bardzo różni i mamy prawo mieć z tym problem. Nasze społeczeństwo jest bardzo zamknięte na obcokrajowców, szczególnie na uchodźców. Ludzie nie wiedzą, dlaczego oni mieszkają w Polsce. Że nie przyjechali tutaj, żeby zarabiać pieniądze. Że większość z nich to ludzie, którzy uciekali przed wojną, żeby ratować swoje życie. Dla Polaków to nie jest wystarczająco jasne. Myślimy, że uchodźca przede wszystkim zabiera miejsca pracy.
I dostaje pieniądze od państwa...
Dlatego zdecydowałam się na to, żeby historie w spektaklu były o wojnie. To ważne, żeby pokazać, że uchodźca to nie jest ktoś, kto po prostu postanowił przeprowadzić się do innego kraju. To są ludzie, którzy mają traumatyczne doświadczenia, a tutaj wcale nie jest im lżej. Zmagają się z tysiącem różnych rzeczy. Miałam potrzebę znalezienia czegoś, co może być wspólne, może poruszać. Chodziło mi o to, żeby w tym wszystkim znaleźć człowieka, osobę. Ważne było też, żeby mówić o kobietach.
Stąd ten brak mężczyzn?
W czeczeńskiej kulturze kobieta ma mniej do powiedzenia, nie zabiera głosu. Głos mężczyzny jest mocniejszy. A ja chciałam usłyszeć, co mówią kobiety. Często pokazuje się wojnę z męskiej perspektywy. Ważne, żeby pokazać ją też z perspektywy kobiet. One po prostu muszą przetrwać wojnę, dbać o rodzinę. Codzienność kobiety, którą dotyka wojna, jest bardzo trudna.
W spektaklu wykorzystujesz fragmenty programów Chrystal Callahan, kanadyjskiej modelki, która w czeczeńskiej telewizji państwowej prezentuje wyidealizowany obraz republiki.
Szukałyśmy czegoś pomiędzy stereotypem a prawdziwą historią. Joanna Wichowska, współautorka scenariusza, znalazła Chrystal przypadkowo na YouTube. Jak zaczęłyśmy to oglądać, byłyśmy przerażone. Złapałam się na myśli: OK, to może rzeczywiście w tej Czeczenii jest tak pięknie? Chciałyśmy pokazać tę obłudę i propagandę. Nie jest tak, że cała Czeczenia jest zburzona. Ale jest tam teraz władza Kadyrowa. To rządy jednej ręki, ludzie się boją. Oglądając programy Chrystal, zrozumiałam, co znaczy propaganda.
W dzień spektaklu byłam w ośrodku dla uchodźców. Znajomi Czeczeni pokazywali filmy z wojny. Śmiali się, kiedy wybuchały bomby.
Wiesz, w pewnym momencie człowiek nabiera dystansu. To jest jakaś potworna machina. Cały czas coś słyszysz, widzisz. Taka jest natura człowieka, że się przyzwyczaja.
-
Gość: wieczór, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/04 16:33:12
"Chciałbym mieszkać w Paryżu lat 60." - rozmowa z Jeremym Jayem

Miałeś szansę zwiedzić Warszawę?

Nie, niestety nie. Trudno się zwiedza podczas trasy. Nie ma się zbyt dużo czasu między podróżowaniem a graniem koncertów. Widziałem tylko klub i dworzec kolejowy, na który pojechałem od razu po wstaniu. Teraz widzę przez okno pociągu wiejski krajobraz, całkiem podobny do niektórych partii Stanów, ale brakuje tu gór w tle.

Dlaczego zdecydowałeś na trasę solową?

Gram sześć koncertów: trzy w Polsce, jeden w Berlinie i jeszcze dwa inne. Zostałem zaproszony na te koncerty i zgodziłem się na nie, bo to ciekawe i inne doświadczenie, niż granie z zespołem. To też świetna okazja, by ograć nowe piosenki przed zaaranżowaniem ich z zespołem.

Wczoraj powiedziałeś, że powrót do korzeni piosenki jest dla ciebie trudny. Dlaczego?

Bo jestem na scenie całkiem sam. Nie ma ze mną zespołu. Także dlatego, że piosenka zagrana solo jest zupełnie inna niż zagrana z zespołem.

Czym różni się mieszkanie w Paryżu od mieszkania w Stanach?

To zupełnie inne doświadczenie. Po pierwsze, mówi się po francusku. Po drugie, styl życia jest kompletnie inny. W Paryżu wsiadam do metra albo do autobusu, w Stanach wszędzie trzeba jeździć samochodem. We Francji starsi ludzie są aktywniejsi. Widuję dużo starszych osób grających w parkach w bule.

Zawsze mówiłeś, że francuska nowa fala jest dla ciebie ważna. Chciałbyś mieszkać w Paryżu lat 60.?

Pomieszkuję w Paryżu od trzech lat. W zasadzie dzielę swój czas między Londynem a Paryżem. Paryż to świetne miejsce do życia, a tamten okres jest bardzo inspirujący, więc zdecydowanie chciałbym pomieszkać wtedy w stolicy Francji.

Co cię najbardziej inspiruje muzyka czy filmy?

Świetne, ale jednocześnie trudne pytanie. Powiedziałbym, że jedno i drugie. Ostatnio oglądam bardzo dużo filmów trochę japońskich, trochę francuskich. Słucham dużo muzyki. Wreszcie, kocham czytać. W pociągu z Pragi do Warszawy przeczytałem całą książkę od początku do końca.

Wczoraj zagrałeś kilka nowych piosenek. Planujesz nową płytę?

Właściwie, mieszkając przez ostatni miesiąc w Pradze, ponagrywałem kilka piosenek. W przyszłym roku czeka mnie sporo pracy, bo pracuję nad nowym projektem, będzie też moja solowa płyta. Tak, będą niedługo nowe rzeczy.
-
Gość: Tomek Graczyński, *.opera-mini.net
2010/11/18 12:41:14
Wywiad z wokalistą zespołu Unitra Damianem Zdanowiczem

Dlaczego Unitra?
Nazwa wzięła się od firmy produkującej sprzęt elektroniczny. Jako, że nie miałem kasy na wzmacniacz, kolega sprezentował mi taki właśnie głośnik wraz z tunerem, wynosząc go ze swojego garażu. były to najlepsze głośniki jakie miałem. Na tymże głośniku odbywały się pierwsze próby zgrywania sie z perkusją, kiedy to dla zabawy swoim śpiewem, a raczej wydzieraniem się, wspierał nas nasz przyjaciel Piotrek.
Wtedy to jeszcze nie była Unitra?
Nie, wcześniej było kilka innych zespołów.
Od jak dawna zajmujesz się muzyką?
Moja pierwsza styczność z gitarą miała miejsce, kiedy na strychu swojego domu znalazłem gitarę klasyczną. Podekscytowany tym przedmiotem chciałem nauczyć sie na nim grać, jednak gitara, jak sie okazało należała do mojego wujka, który gdy sobie o niej przypomniał szybko mi ją zabrał. Potem na dłuższy czas zapomniałem o gitarze do czasu obejrzenia jednego z odcinka Zagubionych . Wtedy wpadłem na pomysł zostania basista, nie mając pojęcia co to jest bas i nigdy nie potrafiąc go wychwycić w piosenkach. Mój przyjaciel skrytykował ten pomysł i radził kupno gitary akustycznej i tak też zrobiłem. Po jakimś roku nauki gry, za kupiłem sobie elektryka.
Jesteś samoukiem?
Można powiedzieć, że tak. Początkowo uczyłem się grać samodzielnie. W liceum dowiedziałem się o kółku gitarowym na które się zapisałem, jednak tam okazało się, że nauki gry uczymy się na kolędach i pastorałkach co mi nie odpowiadało. Dodatkowo nie podobał mi się sposób gry jakiego nauczał prowadzący te zajęcia. Niczego się tam nie nauczyłem i szybko zrezygnowałem. Potem uczyłem się już tylko sam. Kiedy postanowiłeś założyć zespół?
Pierwsza próba założenia zespołu miała miejsce w liceum. Najpierw namówiłem jednego przyjaciela na naukę gry na perkusji, a potem drugiemu wyperswadowałem pomysł kupna stołu dj-skiego i mianowałem go basistą. Potem doszedł jeszcze wokalista i zaczęliśmy się przygotowywać do reprezentowania szkoły w konkursie piosenki niemieckiej, gdzie w języku zachodnich sąsiadów wykonaliśmy song 2 Blura.
Z jakim skutkiem?
Przez nasze tragiczne umiejętności występ był klapą. Pogubiliśmy się gdzieś w dwudziestej sekundzie od rozpoczęcia. Na szczęście co niektórzy w ogóle tego nie zauważyli. Dzięki temu jednak zdobyliśmy pierwsze doświadczenie i poznaliśmy czym jest występ przed publicznością. Co dalej działo się z zespołem?
Próbowaliśmy grać razem jednak wyglądało to tak, że graliśmy na okrągło jedną piosenkę i nic z tego nie wychodziło. Poddaliśmy się i przez jakiś czas nic nie graliśmy. Warszawa miała otworzyć przed nami nowe możliwości, jednak tutaj również ciężko było znaleźć odpowiednie osoby do zespołu. Byliśmy dla nich za mało fajni. Nie chcieliśmy grać "wiesz, czegoś jak Joy Division, jakaś zimna fala stary". Wtedy stwierdziłem, że nie ma sensu szukać na siłę składu. W końcu zostałem tylko ja i mój przyjaciel Michał na perkusji, resztę dobieramy na koncerty. Właśnie, jak wyglądał wasz pierwszy koncert?
Był nawet udany. Wypiliśmy przed parę piw, żeby zredukować stres. Występowaliśmy tam teoretycznie jako gwiazda wieczoru, bo graliśmy ostatni, jednak wszyscy zaraz przed koncertem wyszli i zostali właściwie tylko nasi znajomi, ale nie przejęliśmy się tym. Ile macie już własnych utworów?
Niewiele. Ale wszystkie mają polskie tytuły. Upewniłem się co do takiej polityki, kiedy wybraliśmy się do warszawskiego liceum na przegląd zespołów młodzieżowych przed salą wisiała lista wykonawców i nie było tam ani jednej polskiej nazwy. Wtedy stwierdziłem, że coś jest nie tak. Polskie liceum a wszyscy na siłę chcą mieć s na końcu nazwy.
Gdzie gracie próby?
Ostatnio wyrzucili nas z piwnicy w bloku. Wkurzeni tym faktem obdzwoniliśmy wszystkie domy kultury w okolicy. Godzina próby kosztowałaby przeciętnie 100 zł. Jak tłumaczyła nam pani, żeby zwróciło im się za prąd. Dlatego ćwiczymy dosłownie gdzie się da.
Jakie macie plany na przyszłość?
Na dziś plan wygląd